|
Drogi J.D.
Gdzieś Ty był mój przyjacielu, gdzie żeś był Wrocławiu cały, kiedy w
"Firleju" się tak fajnie działo? Gwiazdy przybyły, a w naszym
mieście, miast gromkimi oklaskami licznie zgromadzonej widowni się cieszyć, dla
połowy i tak niewielkiego klubiku, lekko skonsternowani wystąpili. Wstyd i
hańba powiadam!
Do rzeczy jednak, bo opowiadać jest o czym. Jak wiesz dobrze, nie jestem
wielkim fanem Vandermarka, a zapewne pamiętasz także, że najnowszą płytę Freda
Lonberga-Holma "Other Valentines" nie za dobrze oceniałem. Idąc więc
na koncert szczerze mówiąc byłem lekko przerażony co też z obecności tego
ostatniego wyniknie. Otóż mój drogi, nie przyzwyczajonyś do piania z mej
strony, a tym razem, ku memu własnemu zaskoczeniu, zamierzam pod niebiosa
wychwalać koncert Vandermark 5!
Po raz pierwszy od dawien dawna nie potrafię do niczego się przyczepić. Było po
prostu cudownie: kompozycje nowe, zróżnicowane i rewelacyjnie wykonane. Krok za
krokiem idzie Ken Vandermark do przodu w konstrukcji utworów udziwniając je naprawdę pomysłowo.
Eklektyzm górował i to biorąc zarówno cały koncert pod uwagę,
jak i poszczególne kompozycje. Sięgał po różnorakie konwencje a nawet gatunki i
mieszał je z takim smakiem, że dla takiego fana postmodernistycznego mięska jak
ja, była to uczta nie lada! Chicagowski wyzwolony free oparty na swingującym
rytmie po chwili zmieniał się w pararockowe brzmienia, by za chwilę wymieszać
się całkiem, tworząc wartość zupełnie nową. Świetną rolę odegrał tu właśnie
Fred Lonberg-Holm, który sięgając chętnie po elektroniczne efekty dla swej
wiolonczeli, potrafił wykrzesać na prawdę cudowne jazgoty. Momentami
przypominało to czasy kiedy Bishop sięgał jeszcze po gitarę, czasami
nieodżałowanego awangardzistę Toma Corę. Odwaga i niepodważalna sprawność techniczna
sprawiała, że to wiolonczelowe hałasowanie, a momentami rewelacyjne riffowanie
(sic!), odświeżyło V5 i przepoiło rockowym charakterem, w zupełnie innym niż
dotychczas wymiarze. Bardzo dużo miejsca zostawiał Vandermark Rempisowi, a ten
wykorzystywał daną mu przestrzeń najlepiej jak potrafił. Nie wiem czy słuchałeś
już jakieś płyty tria Rempis/Daisy/Ajemian pod nazwą Triage. Miałem do
czynienia z "Twenty Minute Cliff" i niestety moim zdaniem nie bardzo
się tam Rempis sprawdził, tutaj improwizując na alcie, czasem na tenorze zagrał
wyśmienicie, bardzo ozdobnie. Daisy również nie zawiódł. Ilekroć go słyszę,
dziękować chce losowi, że Tim Mulvenna opuścił szeregi V5. Brzmieniowe
wycieczki jakie urządza sobie ten młody perkusista to nie jedyna zaleta jego
gry. Mamy w jego wydaniu także świetne, przemyślane, cechujące się solidną
konstrukcją sola, oraz swobodę, która czasami przywodzi mi na myśl Joeya
Barona. Kent Kessler? Może tym razem najbardziej schowany, tylko raz popisał
się solem, tym niemniej nie sposób mu odmówić bardzo ważnej pozycji w zespole.
Jest jak filar podtrzymujący rozbuchane towarzystwo. No i pozostał szef, czyli
Ken Vandermark. Widać, że lata gry w tym składzie przepełniły go pewnością
siebie i luzem. Korzystał tym razem głównie z saksofonu barytonowego oraz
klarnetów i tak na prawdę przyjął rolę faktycznego lidera - rzec by się chciało
trochę dyrygenta pozostałych. Często ustawiał się w tle wobec improwizującego
Rempisa podtrzymując linię melodyczną. Nie znaczy to bynajmniej że brakowało
jego popisów. Grał świetnie, a przeskok na baryton dodał brzmieniowego smaczku.
Żeby tego było mało, muszę wspomnieć o dwóch sympatycznych epizodach jakimi
były kompozycje dedykowane Samuelowi Becketowi oraz Ennio Morricone. Cóż za
świetny popis nutowych możliwości Vandermarka. Sporo sonorystyki i tu znowu
ukłon w stronę Lonberg-Holma, świetnie rozumiejącego się zarówno z liderem jak
i z Kesslerem - z oboma często wchodził w bardzo interesujące dialogi. Fajnie
zagrali dla E.M. Gdy ich słuchałem błyskawicznie odżyły wspomnienia muzyki
wielkiego mistrza muzyki filmowej, świetnie oddali kojarzony z nim klimat.
Kończąc powoli chciałbym się jeszcze pozachwycać chwilę zgraniem zespołu. Jest
to ogromna zaleta takich wieloletnich składów. Cudowne porozumienie, wyczucie i
przede wszystkim swoboda, podparte olbrzymią wprawą zaowocowały dużą
dynamicznością całego zespołu. Błyskawicznie przechodzili panowie od cichych
delikatnych partii do potężnego 5-osobowego uderzenia, podrywając mnie, a
myślę, że nie tylko mnie, z miejsca. Poza tym patrząc na tak świetnie się ze
sobą bawiących muzyków, widzowi udziela się ta przyjacielska atmosfera. W tym
miejscu można by się doszukać nawet zalety wynikającej z tak niewielkiej ilości
osób na widowni. Kameralny klimat występu oraz wspominana wyżej koleżeńska
atmosfera przełożyła się bowiem na integrację publiki. Miało to nawet wymierne
efekty - zgodne huczne oklaski wpłynęły na dwukrotne bisowanie zespołu.
No cóż, na koniec pozostaje stwierdzić: frajer żeś nie przyszedł. Jak dla mnie
był to jazzowy majstersztyk. Inna sprawa, to muszę Ci się przyznać, że dość
poważnie zmartwił mnie fakt niskiej frekwencji wrocławian na koncercie takiej
gwiazdy jak Vandermark. Myślę, że doszukiwanie się powodów pozostawię w gestii
organizatorów, tym niemniej z dużą porcją irytacji jedynie krzykiem poradzić
sobie mogę: Wrocławiu opamiętaj się i nie gaś tego wątłego, ledwo co
narodzonego płomyka nadziei na to, że i tu się będzie coś fajnego działo,
wiadrem ohydnej absencji!
|